NUDNE KABINY RADIOWEJ METROPOLII

Zmumifikowany reporter spisał co ważniejsze myśli, nagrał je na księżycową taśmę, podrzucił do komisu przed północą, sprzedając duszę diabłu za 10 centów, w berlińskiej alejce porzucając samotne stado pląsające w kierunku jadłodajni w rytmie r’n’b: będą tam sączyć shake’i, jeść hamburgery nabite igłami, a mogliby pisać wiersze po drugiej stronie kamery, podziwiając amerykańskich idoli w popartowskiej plazmie niebytu – nastoletnie, mimetyczne manekiny, którym Presley pisze piosenki, podstrojone w glissando niemocy, wyśpiewują protest songi o pocałunkach, gumie do żucia i Cadillacach, to wystarcza za podnietę dla niegdyś tak wymagających europejskich old-timerów, fanów Birda i Pasoliniego, ulubionych tematów do żartu – na szczęście niepokalane miasto trwa w swej wiekowości, zrzuca nowe mody jak źle dopasowane rękawiczki, odrzuca błahą tkankę amerykańskiego rendez-vous, nie stawia nowych McDonaldów, powoli wyburza stare, gasi idylliczne marzenia w kałuży pełnej petów, w której przejrzał się ostatni raz budda-wagabunda, odchodząc żyć w stronę magicznych staromiejskich scenerii, tam gdzie nie sięga oko filmowców, pióro scenarzysty, wolność to swoboda, a wybór nie jest pomiędzy – i choć wiem, że to kolejna iluzja, to chociaż moje dzieci nie uczą się kwestii w przewidywalnych kubikach szkół i nudnych kabinach radiowej metropolii.